Polecam

Z lenistwa

Zrobiłam się leniwa. Nie tylko nie chce mi się ćwiczyć. Zrobiłam się leniwa na przykład intelektualnie. Otwieram apki w telefonie i wsiąkam ...

Thursday, 25 September 2025

Dzisiaj we Francji : Sarkozy skazany na 5 lat więzienia 25/09/2025

Wieści dnia z Lyonu i z Francji.

Czwartek, 25 września 2025.

Po pierwsze, ex-prezydent Sarkozy został uznany winnym w udziale „zmowie przestepstwa” i skazany na 5 lat pozbawienia wolności. To absolutnie bezprecedensowa sprawa. Chodzi o pakt korupcyjny, który zawarł z Kadhafim (można tego nie pamiętać, ale ja od lat śledzę ten wątek). Od 2005 roku Sarkozy szykował się do wyborów i wtedy nagle znalazł środki (około 50 mln euro) by sfinansować swoją kampanię prezydencką. Pamiętam moje bezgraniczne zdumienie i oburzenie, kiedy, gdy Sarkozy został już prezydentem, Kadhafi w 2007 roku rozbił między innymi swoj namiot w ogrodzie hotelu Marigny (w którym zatrzymują się goście prezydenta).

A później w 2011 roku w Libii wybuchła wojna domowa i nagle Francja wysłała tam bombowce a w specjalnej operacji wojskowej Kaddafiemu się zmarło.

Generalnie mówiąc - śledztwo prowadzone przez dziennikarzy z lewicowego Mediapart, doprowadziło do postawienia formalnych zarzutów Sarkozemu w sprawie korupcji, nielegalnego finansowania kampanii prezydenckiej, prania brudnych pieniędzy, już w 2012.

Fakty są bezsprzeczne (w wyniku procesów w tej aferze, nie tylko Sarkozy został oskarżony i uznany winnym, ale również jego los podzielili bliscy współpracownicy, byli ministrowie), i to, że były prezydent takiego państwa jak Francja zostaje formalnie skazany w tak ogromnej aferze, w moim odczuciu świadczy o dobrej robocie francuskiej administracji.

Ponoc ma iść do więzienia w ciągu miesiąca.

W Lyonie natomiast Jean-Michel Aulas, oficjalnie złożył swoją kandydaturę na stanowisko mera Lyonu.

Kim jest JMA? Biznesmenem, dość kontrowersyjnym, mocno związanym z piłką nożną i OL.

Od kilku miesięcy przypatruje się jego wpisom i komentarzom na LinkedIn. Przeraża mnie jego postawa (krytykuje wszystko, co ma związek z polityką ekonomiczną miasta, wciąż przeinacza fakty, podsyca klimat antyrasistowski tekstami o stoczeniu się Lyonu w statystykach bezpieczeństwa, które nie mają podstawy). Literalnej każda jego wypowiedź jest niemerytoryczna i populistyczna. Jego ulubionym polem bitwy jest fakt, że w Lyonie wyłączono z ruchu samochodowego ściśle centrum miast. Facet ma 76 lat i nie rozumie danych, które wskazują na przykład, że dzięki rozwojowi transportu zbiorowego i ograniczeniu ruchu samochodów prywatnych, temu spada zanieczyszczenie powietrza i spada liczba wypadków samochodowych.

Pan nie może wsadzić dupska w samochód, żeby zrobić zakupy w centrum miasta, bo zostawić samochód na parkingu to jakaś ujma na honorze. To jest taki wątek, który od razu podnosi mi ciśnienie.

Faktem jest, że na przykład sklepy usytuowane w centrum miasta i handlujące alkoholem tracą obroty. ALM utrzymuje, że to przez niemożność podjechania pod sklep i załadowania nabytego towaru. Zupełnie lekceważy fakt, że we Francji globalnie spada po prostu konsumpcja alkoholu, (szczególnie wśród młodzieży !) i to już notuje się od 2017.

Dobra, my też kupujemy alkohol bardzo rzadko, czasem w Cave-a-vin która jest oddalona od nas o 3 min spacerem, czasem w supermarkecie, jak widać też uczestniczymy, aktywnie, w spadku dochodów tej branży, cóż, takie są czasy.

Zamykają się też sklepy z hiper drogą odzieżą, albo butami zna kilka tysięcy euro. No tutaj też nie pomogę, ale zostawię zawieszone pytanie : może ktoś by zastanowił się, czego naprawdę potrzebują lotniczych i turyści w centrum miasta?

Zieloni (których popieram) w moim odczuciu zrobili dużo dobrego (transformacja komunikacji miejskiej, ograniczenie cen wynajmu mieszkań, transformacja miasta by przygotować je na wzrost temperatur (my tu w Lyonie naprawdę mamy latem temperatury, które w nocy nie spadają poniżej 20, 22 stopni Celsjusza, a w ciągu dnia przekraczają 40 stopni).

A na przeciw nim całe my ten bełkot : bo są prace remontowe i przez to są korki, bo za dużo rowerów, bo sklepy się zamykają (mamy w całej Francji naprawdę recesję, i sklepy zamykają się i tak, również w miastach, w którym centrum jest otwarte dla ruchu samochodowego). Bo firmy padają.

Moja firma nie zdążyła upaść, bo ją zamknęłam, i tutaj nie szukam winnych w polityce ale raczej w fakcie, że moi klienci nie płacili mi w umówionym terminie. Było, minęło.

Poza tym, ponoć, były dziś w Lyonie jakieś protesty, ale chyba głównie studentów i to niezbyt licznych.

I to by było na tyle. zobaczymy, co nam jutro świat przyniesie ♥️

Wednesday, 24 September 2025

Więcej światła

Dawno temu, w innym życiu (tym sprzed narodzenia mojego synka) miałam ambicje minimalistyczne.

Pamiętam, że zrobiłam wówczas ogromną robotę, upraszczając sobie codzienność. I to był wówczas dla mnie przełom.

Wprowadziłam wtedy do łazienki „projekt denko”, który polegał na kupowaniu nowych kosmetyków tylko i wyłącznie, jeśli zużyję już te, które posiadam. W pewnej formie do dzisiaj kultywuję tę zasadę, ale jak wszystko – z dużo mniejszym zacięciem. 

Butelki od szamponów się u nas, na przykład, aktualnie rozmnażają.

W kuchni zaczęłam stosować zasadę „jak najmniejszej ilości różnych składników”, na przykład sałatka z trzech elementów lub ciepłe dania jednogarnkowe. Kupowałam wtedy prawie wszystkie składniki na wagę i we własnym opakowaniu.

Do dzisiaj lubię, jeśli czas mi na to pozwala – a często pozwala, kiedy wracam z pracy i idę z przystanku autobusowego do szkoły Staszka – zatrzymuję się w warzywniaku i biorę te 2 cukinie, 3 marchewki i garść szpinaku, które używam do gotowania kolacji. Dzięki temu zużywam te warzywa od razu i nie wysychają zapomniane w dolnej szufladzie lodówki.

A mimo to kuchnia jest u nas za-wa-lo-na, ja już chyba sama nie wiem czym.

Do szafy wprowadziłam niegdyś  „projekt 33” – 33 sztuki odzieży na miesiąc, włączając w to bieliznę. Pamiętam, że rewelacyjnie pomogło mi to w ułożeniu „kapsułkowej garderoby” do pracy i na co dzień. Dzisiaj pozostało po tym tylko wspomnienie w postaci pudełek z ubraniami, w rozmiarze 38, w który już się nie mieszczę. Powinnam pogodzić się z faktem, że jeśli kiedyś, w przyszłości, znowu wbiję się w ten mój piękny wełniany garnitur, to okaże się że od 20 lat jest on już przeterminowany a do tego zeżarty przez mole. Czy mogę pogodzić się z faktem, że tę garderobę trzeba po prostu odbudować ? 

No nie wiem. 

Otrzymuję czasem newslettery od jednego sklepu, do którego mam sentyment (Muji). Kiedy oglądam te minimalistyczne wnętrza, wyobrażam sobie, że mój dom, moja szafa, łazienka i biuro są takie pełne światła, miejsca i tego, co niezbędne. Ale zaraz po tym otwieram oczy, rozglądam się i widzę ten pierdyliard przydasiów – i ogarnia mnie takie zniechęcenie.

W moim domu są setki przedmiotów, które „może się kiedyś przydadzą” i nie piszę tu o książkach – wiadomix, szczególnie tych w języku polskim nikt poza mną nie przeczyta.

I do tego wszystkiego te przydasie są na wierzchu. Najpierw myślałam, że to może dlatego, że jeśli będę je widziała, to może ich użyję, ale teraz mam wrażenie, że dzielą one los powiadomień na moim telefonie lub w skrzynce odbiorczej. W ogóle to na mnie nie działa. Zastanawia mnie, po co w ogóle te przypominajki mi wyskakują, skoro je totalnie wypieram ze świadomości.

Czuję, że potrzebuję do tego minimalizmu wrócić. Już od tygodnia codziennie przeglądam różne dziwne miejsca – to szufladę z przyprawami, to szafkę z pozaczynanymi i niedokończonymi zeszytami.

Zaczynam pozbywać się nadmiaru.

Czuję, że z każdym odzyskanym centymetrem kwadratowym przestrzeni (w szufladzie, szafie, na półce) do mojej codzienności dostaje się odrobina światła.

Dobrze się składa, bo czas nie czeka, nadeszła już jesień i dnie stają się takie zapchane często bezużytecznymi czynnościami, jak na przykład moja aktualna praca. Chyba najbardziej nienawidzę rekonstruować adresów mailowych i wysyłać niepytana propozycji biznesowych, no ale cóż – na tym ta moja robota, między innymi, polega. 

Dobra. Już nie będę się publicznie skarżyć. Mam pracę, a w aktualnej sytuacji gospodarczej, w jakiej znajduje się Francja, to się ceni. 

Czasem sobie fantazjuję, że nie muszę pracować. Że mogę zajmować się moimi dziećmi (tym dużym też !), że mogę odwozić małego na te wszystkie zajęcia pozalekcyjne i ze spokojem odrabiać z nim pracę domowe. Że chodzę sobie codziennie na pilates, jogę i na siłkę, że mam czas na układanie i slow-gotowanie tylko smacznych i zdrowych posiłków , no a poza tym leżę pachnąc na kanapie i czytam książki. 

No i że mamy z mężem fantastyczny s*, bo skoro nie muszę tracić pary na sprzedawanie czegoś tam komuś tam, to mogłabym lepiej zagospodarować tę życiową energię. 

Zapędziłam się.

Zacznę od uproszczenia czego tylko się da, żeby jak w „Paragrafie 22” wydłużać sobie życie.

Zacznę od wpuszczenia więcej światła.


Monday, 2 June 2025

Po wyborach, tych prezydenckich

Czy ja mam w ogóle jakoś komentarz do tych wyborów ?

Jasne, że mam. Kiedyś Stańczyk żartował, że w Polsce najwięcej jest lekarzy, bo wystarczy powiedzieć, że się na coś cierpi a już każdy staruje z najpewniejszym remedium na bóle.

Dzisiaj każdy się zna na polityce, ekonomi, prawie karnym i stosunkach międzynarodowych. Wypowiem się i ja.

Chyba najbardziej mi przykro, jako wiecznej emigrantce, że najbliżsi mi w Polsce ludzie głosują przeciw takim osobom, jak ja. Przyjechałam do Francji, już mniejsza o powody, układam, nie, ułożyłam tu sobie życie, ale jako Polka. Nie zmieniłam (jeszcze?) obywatelstwa, bo nie czuję się Francuzką. Mieszkam tu, pracuję, urodziłam dwójkę dzieci (Francuzów) płacę tu podatki, ale jestem Polką. Mogę iść do lekarza i jestem przyjmowana jak pacjentka, a nie człowiek drugiej kategorii (jak okrutny jest pomysł, że opieka zdrowotna w Polsce ma być priorytetowo zapewniana Polakom?). Życie mi się tak szczęśliwie potoczyło, że nie mam aktualnie żadnych pieniędzy z CAF, czy innej instytucji. Ale kiedy moja starsza córka była mała, a ja świeżo po rozwodzie, przez kilka lat dostawałam jakieś 200€ pomocy z CAF jako dopłatę do opłat za mieszkanie.

Oczywiście, że słyszałam hasła : „przyjeżdżają tu, zabierają pracę prawdziwym Francuzom”. Ostatnio usłyszałam to w 2012 roku, kiedy miałam już całkiem fajne stanowisko w dziale handlowym. Mówiły mi to otwarcie, w twarz, osoby, które nie skrywały się z głosowaniem na ówczesny Front National - sekretarka działu handlowego, magazynier, czyli, nie ukrywając, ludzie o niższej ode mnie pozycji w firmie i o niższej pensji. Ta zawiść, zazdrość, napsuła mi trochę krwi, była całkiem niepotrzebnie. Ale to doświadczenie pozostawiło mnie z następującym przekonaniem : uczcie się ludzie języków obcych i odważcie się sięgnąć po stanowiska i pieniądze, a nie z zawiści wznosicie mury i zabraniajcie innym realizować jakieś tam swoje marzenia.

Nie sprawia mi problemu ośrodek dla uchodźców w sąsiedztwie. Mieszkałam przez jakiś czas 100 metrów od takiego ośrodka, tutaj, w Lyon 4.

I wiecie co? Fakt, na boisku w niedzielne popołudnie biegało 20 Czarnych facetów a 20 innych siedziało i obserwowało mecz. Ale nie było żadnych włamań, nie było dealerki, był spokój. Oni siedzieli na rogach ulic i wszystko obserwowali, wiedzieli kto gdzie i z kim. Przede wszystkim nie chcieli, żeby przyjeżdżała tu policja. Mogłam zostawić samochód otwarty, zanieść zakupy do domu i wrócić po resztę.

Zlikwidowano ośrodek i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęły się włamania do piwnic a na ulicy czuć marihuanę. To jest moje doświadczenie.

A ludzie, którzy migranta z bliska widzieli w wiadomościach, powielają mity o ich niebezpieczeństwie.

Tak, są we Francji żebracy z Syrii i innych państw. Ba. Są żebracy i bezdomni (SDF) z Polski, a doskonale o tym wiem, bo przez kilka lat pomagałam jako tłumacz w miejscowym wydziale SAMU Social, właśnie odwiedzając żyjących na ulicy rodaków.

Emigracja, migracja, uchodźctwo, to są bardzo złożone problemy, nie jestem specjalistką zajmującą się takimi sprawami. Ale rozsądek mówi mi, że odpowiedzią na nie nie jest populistyczne nastawienie Konfy, „po prostu ich nie wpuszczać”. „Polska dla Polaków” to dla mnie tak przykre słowa jak „Francja dla Francuzów”.

Ja rozumiem, że ludzie mają dość PO-PiS. Bawi mnie (ale to taki śmiech przez łzy) argument : bo i teraz za wszystko muszę płacić (służba zdrowia). Kiedy naprawdę ludzie zaczną płacić tę „prawdziwą” cenę za usługi medyczne, 20 tysięcy dolarów za poród (doświadczenie mojej byłej szwagierki, rodziła 15 lat temu w Nowym Yorku, a jako pracownica banku miała doskonale ubezpieczenie), to do nich dojdzie, że reforma NFZ nie polega na zniesieniu tej usługi. Polikwidowano PKS, starsi ludzie w wykluczonych transportowo wsiach muszą błagać sąsiadów o pomoc, żeby jechać do lekarza - i odpowiedzią ma być jeszcze większa „liberalizacja” oraz „samochód dla każdego”? Komuś też już przestały się podobać tanie(bezpłatne?) studia, jasne, sam już je skończył, to po chuj młodym ludziom dzisiaj oferować takie doświadczenie ? I tak mogłabym w nieskończoność, ta wizja „znieść podatki” jest jak zniekształcona, że śmiem twierdzić, że ludzie nie rozumieją, jak funkcjonuje państwo.

Istnieje jeszcze w Polsce oferta lewicy - jeszcze i tak, wiem, pożal się boże jak ta lewica działa, aż można się zmęczyć od ich sukcesów, jak gdzieś przeczytałam. Ale może warto się zainteresować bliżej, zacząć działać lokalnie, zamiast siedzieć z nosem już nie w telewizorze, ale na mediach społecznościowych i przytakiwać z uznaniem, ale w rytm tiktoku to ktoś tam kogoś zgasił.

Szkoda że oferty Konfy i PO-PiSu ludzie tak nie analizują, jak przeświecają lewice, tu be a tam ble, mieszkania socjalne ? Nie interesuje mnie, przecież ja mam kredyt we Frankach, dlaczego ktoś może mieć łatwiej niż ja, lepiej ?

dobra, kończę to, bo przecież i tak to niczego już nie zmieni.

małe niesmak pozostaje.

Friday, 23 May 2025

Kobiecy weekend pod Lyonem (14-16 listopada 2025)

Serdecznie zapraszam do udziału w weekendowym kobiecym spotkaniu pod Lyonem. Będzie to kobiecy weekend ciepły, otulający, który przygotuje nas na nadejście zimy ♥️

Kiedy ? Weekend 14-16 listopada 2025

Gdzie ? W okolicach Lyonu. Dokładny adres podam w sierpniu/wrześniu.

Już teraz mogę powiedzieć, że można tam będzie dojechać pociągiem + taksówką.

W programie :

🌸 dwa kręgi kobiet (wspólne słuchanie i mówienie z serca, bez osądzania)

🥗 wspólne gotowanie

🚶‍♀️dla chętnych : spacery po okolicy, medytacja w ruchu, oraz 20-30 min sesja Qi-Gong.

🛌 dla wszystkich - odpoczynek, tyle ile potrzebujesz

👩‍🦰możesz przyjechać sama, z córką, siostrą, mamą lub teściową

Dla chętnych - będzie z nami Justyna, która jest studentką medycyny chińskiej i proponuje akupunkturę.

Tematy rozmów przynosi każda z nas, a jeśli czujesz, że wolisz pomilczeć, to posiedzisz i posłuchasz tego, co mamy do powiedzenia.

💶 Koszt weekendu : między między 200€ a 250€.

Ta kwota :

  1. zawiera noclegi, pożywienie i niespodzianki ale nie obejmuje transportu z i do Lyonu.
  2. zależy od liczby uczestniczek (im jest nas więcej, tym mniejsza będzie składka)
  3. zostanie potwierdzona w październiku

Dla osób przyjeżdżających z daleka, mam możliwość przenocowania u mnie w domu.

🚗 Możliwość zorganizowania wspólnego transportu.

Jeśli czujesz, że to dla ciebie, napisz do mnie 💌 chętnie podam więcej szczegółów.

Wednesday, 5 March 2025

Przyjdę, kiedy będzie ładna pogoda

Dlaczego kobieta pod pięćdziesiątkę czyta, z przyjemnością, książki z regału feel-good ? Nie wiem ? Może dlatego, że rzeczywistość mnie przerasta, na wszystkich frontach ? O ile łatwiej i przyjemniej jest poczytać dzienniki młodego księgarza, w którym opisuje swój wybór książek, które proponuje w swoim sklepie, niż czytać aktualne wiadomości ze świata.

Lektury, które sprzedaje w swojej księgarni są totalnie zmyślone przez autorkę książki, ale miło jest myśleć, że gdzieś tam wciąż istnieją księgarze, którzy proponują wybór subiektywny, niedyktowany rzeczywistością ekonomiczną, chęcią zysku ani trendem „to się dobrze sprzeda”, ale raczej ochotą podsunięcia czytelnikom czegoś nowego.

Gdzieś przeczytałam, że „gdyby ludzie czytali te same książki, żyliby w tym samym świecie”, a Internet podpowiada mi, że to cytat z Ksiąg Jakubowych Olgi Tokarczuk.

A w tej książce znalazłam taki cytat :

„Opter pour un ouvrage que quelqu’un a lu et aimé, cela peut être une façon de lire. Serait-ce à travers leur lectures qu’elle souhaite apprendre à connaître les gens ?”

„Wybór dzieła, które ktoś inny przeczytał i polubił, może być sposobem na czytanie. Jakby poprzez ich lektury chciała poznać ludzi.”

Mnie często zdarza się przyglądać biblioteczkom ludzi, do których jestem zaproszona. Moja biblioteczka jest tak eklektyczna, że życzę powodzenia każdej osobie, która chciałaby mnie na ich podstawie zdefiniować, więc sama też przez tytuły które ludzie gromadzą szukam tylko punktów wspólnych. 

A propos księgarni, gdzieś indziej (na Substack) przeczytałam, że w Japonii istnieje (czy istnieje wciąż ?) księgarnia Morioka Shoten. Wchodzisz do pustego sklepu a tam, proponuje się w sprzedaży tylko jeden, starannie wybrany tytuł w tygodniu. 

Zatem, te dwa elementy : zmyślone przez autorkę i opisane przed Eun-Seop dzieła, często wydawane własnym sumptem (auto-wydawnictwo) oraz wpisy z prywatnego dziennika Eun-Seop są tą drobiną magii, która trzymała mnie przy tej książce.

Na francuski, tytuł został przetłumaczony jako „Zapach grillowanych klementynek”, choć z koreańskiego na polski można to przetłumaczyć raczej jako „Przyjdę, kiedy będzie ładna pogoda” (co lepiej tłumaczy zakończenie). 

Oczywiście, jak to romans, jest to opowieść o kobiecie, trzydziestoletniej Hae-Won, która chroni się przed brutalną rzeczywistością dorosłego życia w stolicy, przyjeżdża na prowincję, do miasteczka w którym dorastała, a gdzie znajduje się hotelik prowadzony przez jej ciotkę. Ale pozostawiam na boku Hae-Won i jej dramaty - tutaj dygresja :

Przeczytałam kilkanaście książek pisanych przez autorów koreańskich i zawsze, ale to zawsze jest tam jakiś wątek gore. Morderstwa, tragiczna śmierć z powodu raka trzustki, płuc, czy żołądka, mroczne tajemnice : ktoś okazuje się dzieckiem adoptowanym, co wydaje się w tamtej kulturze totalnym dnem jeśli chodzi o usytuowanie na skali społecznego położenia danej jednostki. Czy jest to noblistka, Han Kang, czy autorka romansu, takiego jak cytowana tu książka, no po prostu musi być coś drastycznego, tak jakby codzienność i bez takich elementów nie była trudna. Jestem pewna, że badacze literatury zwrócili na to uwagę i pewnie opisali to zjawisko, ale jeszcze nie pokusiłam się o wyszukanie ich wyjaśnień. Zadowalam się odnotowaniem tego faktu.

Zatem, wróćmy do męskiego protagonisty.

Eun-Seop trzyma w Internecie swój sekretny dziennik, który publikuje anonimowo albo po prostu pisze na jakimś zamkniętym forum. Lubię czytać takie notatki, sama trzymam blogaska i szukam podobnych treści. Lubię czytać o tym, co ludziom się przydarza, o drobinkach, które kształtują nasze życia. Oczywiście, stworzony przez kobietę, autorkę powieści, Eun-Seop jest typem, do którego mogłaby wzdychać czytelniczka (niezależnie od wieku) a nie tzw. prawdziwym facetem, lub rzeczywistą osobą, która mogłaby istnieć gdzieś w Polsce czy tam we Francji. Może, może w Korei taki typ naprawdę gdzieś chodzi po ulicach ? Jest subtelny w opisach swoich emocji, zachowuje się idealnie, jak romantyczny bohater, czy to jeśli chodzi o wybór ścieżki kariery, czy wierność do pierwszej miłości…

Tu kolejna dygresja i kolejna cecha charakterystyczna koreańskiej kultury : ta wyidealizowana pierwsza miłość ! A może to ja jestem już totalnie zanurzoną w codzienności na Zachodzie babką ? Pierwszą miłość trzymam ładnie zapakowaną w pięknym pudełeczku, obwiniętym ślicznie pachnącą bibułką gdzieś na dnie, u podstaw mojej dorosłej osobowości, ale żyję dobrze w teraźniejszości, z drugim mężem i rodziną patchworkową.

Kochałam kilku mężczyzn i byłam kochana przez kilku, i te miłości, wszystkie prawdziwe, zawierają/zawierały dużo wątków romantycznych, ale ten tutaj Eun-Seop jest tak nierzeczywisty, że jest zdecydowanie tylko tworem kobiecej wyobraźni przeznaczonym dla innej kobiety, która potrzebuje czytać współczesne baśnie aby uciec od wiadomości. 

No i dobrze.

Jeszcze dwa elementy, który sprawia, że ta książka jest feel-good.

1. Aby podkręcić sytuację finansową księgarni, mieszkańcy miasteczka i członkowie klubu lektury pomagają zorganizować ewent promocyjny. Pieką ciasta, tworzą różne gadżety, które można sprzedać. Ten wysiłek kolektywny, aby pomóc istnieniu księgarni w miasteczku jest taki ciepły. Chciałabym, żeby w prawdziwym życiu mieszkańcy dbali o takich drobnych przedsiębiorców, o te jednoosobowe działalności gospodarcze, bo dzięki temu, że istnieją, istnieje świat (w myśl francuskiego powiedzenia, że aby stworzyć świat, trzeba w nim wszystkiego) 

2.Ten klub lektury opisany w powieści ! Całkowicie przypadkowa grupa ludzi, którzy z pewnością nie mają wspólnych gustów czytelniczych. Aż się zainteresuję, czy w mojej dzielnicy istnieje taki klub, gdzie można się spotkać w RL, posłuchać o tym, co czytają inni, nawet albo szczególnie o książkach, których sama bym z siebie spontanicznie nie przeczytała, a które wzbudzają w innych emocje. 

Monday, 24 February 2025

Nie widziałam cię już od miesiąca

I nic. Jestem może bledsza, trochę śpiąca trochę bardziej milcząca, 

Lecz można żyć bez powietrza.


(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, oczywiście).


Mija miesiąc od mojego exodusu z mainstreamowych mediów społecznościowych, minął mi kac, minęła potrzeba sięgania po telefon co kilka minut, być może minęło nawet uzależnienie. 


Jak w ogóle żyję? W sumie, powiedziałabym : normalnie ! Jeżdżę do i z pracy autobusem, a tam czytam książki, słucham podcastów kiedy sprzątam i kiedy pracuję. Kiedy chodzę lub gotuję, nie słucham niczego, staram się wytrzymać z myślami w mojej głowie, przyglądać się im i opiekować się pomysłami, które się pojawiają. 


Poza tym używam więcej WhatsApp, więcej rozmawiam, przez wiadomości, przez telefon, przez mejle nawet, a wisienką na torcie są spotkania w tzw RL. Poszłyśmy z Mają do hammamu, spotkałyśmy się z Patrycją by wypić matchę, wyszłam z francuską koleżanką na spacerowe ploty. Dagmara vel Kaczka przysłała nam paczkę z mega fajnymi akcesoriami matematycznymi w duchu Montessori i innymi drobiazgami, Staszka bardzo to ucieszyło, a jak mnie !


No dobrze, przyznam, że czasem zaglądam na BlueSky, ale nieczęsto, bo te same treści mam w sumie na LinkedIn i GoodReads

Agata zaraziła mnie bakcylem Substack, przeczytałam tam kilka doskonałych artykułów, czasem sama coś popełnię (jak na przykład streszczenia lub reakcje z moich lektur). Trochę boję się, że ta platforma powieli schematy wszystkich innych… Przecież w sumie, tak naprawdę chodzi o czas, jaki spędzamy w świecie wirtualnym, i niestety, być może niewielka jest różnica czy to konsumujemy wartościowe treści, artykuł za artykułem, jeśli nie weźmie się czasu by przemyśleć to, co się przeczytało, czy scrolujemy aż zmęczy się kciuk.

Zobaczymy. 


Wieści o świecie czerpię z EuroNews i France Inter / France Info, Courrier International, słucham dużo podcastów - dużo po polsku, jakoś trudno mi znaleźć poruszających twórców treści po francusku. 


W miarę jak zbliżają się w Polsce wybory prezydenckie, coraz bardziej cieszę się, że nie obserwuję na FB sympatii politycznych moich znajomych, szczególnie mi szkoda tych skręcających na prawo, szukających pociechy w konfie, ale sama też nie drażnię moimi zielonymi poglądami, skrzyżowanymi z lewicą, i co ? Loin des yeux, loin du coeur, co z oczu to z serca, i jakoś milej. 


Nuda, panie. 


Ale mnie się podoba to proste życie, w którym niewiele się dzieje i dużo jest powtórzeń. Chyba nawet pogodziłam się z czyszczeniem chaty, zakładam moje fancy zielone gumowe gloves i szoruję tę muszlę. 


Od dziś przez tydzień nasz synek jest na feriach u dziadków, w Alpach, a my mamy tzw wolne wieczory. Trochę mnie to niepokoi, bo takie wyłamania w naszej codziennej rutynie sprawiają, że trzeba nam się na nowo docierać. Być ze sobą, bez mundurku rodziców, A przecież powinnam się szczerze cieszyć, że mamy chwilę sam na sam, prawda ? 


Teatry są zamknięte, w kinach głównie filmy dla dzieci a ja niestety nie dam rady wytrzymać 3h30 Brutalisty. Może zobaczymy „l’Attachement”? 


Z planów na najbliższą przyszłość, a które nie są planami czytelniczymi, to szykuję się psychicznie i finansowo na kilka wyjazdów. 


W marcu chciałabym pojechać z mężem do Paryża ze Staszkiem i pokazać mu łódź podwodną.


W kwietniu wybieram się z dziewczynami na nasz kobiecy weekend (mamy wciąż 1 wolne miejsce, zapraszam do kontaktu). 


W maju jadę na tydzień do Polski, odwiedzić rodzinę


Między czerwcem a lipcem chciałabym zorganizować wyjazd weekendowy z moją córką a we wrześniu - z mamą.


Także, moja kochana, jak widzisz, niewiele się tu wydarzyło, bez obaw, żadnego FOMO u Agnieszki w Lyonie się nie nabawisz. 


Do usłyszenia, przeczytania, zobaczenia ♥️



Sunday, 16 February 2025

Odroczenie wyroku

Dostałam wczoraj miesiączkę, to trochę jak odroczenie wyroku o 12 miesięcy (menopauza zaczyna się po 12 miesiącach od ostatniego krwawienia, a u mnie ostatnie było ubiegłego lata…). 

Zmiotło mnie z życia na cały dzień. Gdzieś zawieruszył się termofor, Ben wlał do metalowej butelki gorącej wody i podał mi ją na kanapę. Poprosiłam, żeby kupił mi jakieś bardzo chłonne podpaski, przyniósł takie „poporodowe” i to okazało się strzałem w dziesiątkę, biorąc pod uwagę ilość krwi, która ze mnie wycieka, czuję się, jakbym miała krwotok. 


Zwinięta na kanapie, z gorącą butelką na brzuchu i pod kocykiem,  skończyłam czytać „Na czworakach”, Mirandy July. 

Just on time. 


Na czworakach” to zdecydowanie moje poczucie humoru (chociaż przyznam, kilka scen było dla mnie zbytecznych i po prostu je przeskoczyłam ). 

Dobra, nie chcę zepsuć ci przyjemności lektury, zatem, jeśli chcesz w spokoju przeczytać tę książkę, przeskocz od razu do następnych gwiazdek.


***



Po pierwsze, totalnie spodobał mi się pomysł stworzenia „własnego pokoju” w motelu. (Być może coś takiego możliwe jest tylko w Ameryce?). Bohaterka wytłumaczyła, że wprowadziła się do domu męża, który był już pięknie i z gustem urządzony, że jej jedynym wkładem w wystrój był zakup dziesięciu łyżek „z górnej półki” i że właściwie jej to nie przeszkadzało. Ale być może jednak, podświadomie przeszkadzało ? Z podrzędnego motelowego pokoju stworzyła miejsce, w którym mogła być prawdziwie sobą. 


Następnie, po prostu uwielbiałam ten wątek flirtu, który się rozwijał w tym pokoju. Jednocześnie był taki niewinny, a z drugiej strony tak bardzo transformujący życie.


I to cudne „co te pisklaczki mają jej do zaoferowania?” gdy mówi o związkach swojej koleżanki z młodszymi mężczyznami. 


Z rozmyślań o perimenopauzie i menopauzie też wiele wyniosłam, i cieszę się, że wszystko zostało ujęte tak taktownie, z humorem i pomysłem. 

Ile z nas zadaje sobie w tym momencie naszego życia pytania „czy to już koniec”? Albo, „czy tak już będzie zawsze” ? (Czasem, w tak zwanych chwilach uniesienia, kiedy powinno być ekscytująco i zatracająco, wcale tak nie jest, zauważam nawet te pajęczyny na suficie, co prawda nie myślę o malowaniu sufitu, jak u Joyca, ale nie jest daleko, i wtedy, czasem, pojawia się to „czy to na serio tak będzie do końca mojego życia?). 

Jak to mówiła moja babcia, teraz to nic innego niż położyć się na katafalku i czekać na śmierć. 


A jednak może być inaczej, tylko, jak nam pokazuje bohaterka, to jest codzienna walka. By robić rzeczy nie tak, jak oczekuje od nas społeczeństwo, ale „po swojemu”. Ale czy mamy tyle odwagi co ona ? Ja - nie. 


Sama jestem o dwa palce (tak się mówi po francusku, aux deux doigts) od tego by zrobić spotkania opensource w tym temacie ! (Kłaniają się tu kręgi kobiet). Jak przebiega menopauza u innych kobiet ? „Jak to było u twojej matki ? Mówi że nie pamięta? Wyprowadziła się na miesiąc !). No i  mega ważne pytanie : „co menopauza wniosła dobrego w twoje życie?”. 

Z przeprowadzonej ankiety głównie wyszło, że po menopauzie nareszcie można „być sobą”. No zobaczymy.


To jest tak mega niesprawiedliwe, że mężczyźni nie przechodzą przez takie metamorfozy. Proszę, biologicznie jest dojrzewanie,burza hormonów, ale potem testosteron się utrzymuje względnie na tym samym poziomie, kryzys wieku średniego mogą panowie zagospodarować nowym samochodem lub „pisklaczkiem” albo przejdą przez niego w jakiś inny - zewnętrzny - sposób; ojcostwo też - nie umniejszam, jest na pewno ogromna zmianą, ale daleko do takich fizycznych, niezaprzeczalnych zmian jak miesiączka, ciąża, (z jej komplikacjami, jak u naszej bohaterki), produkcja i zaprzestanie produkcji mleka, oraz peri- i menopauza. 


Ta menopauza to naprawdę mogłaby nam być oszczędzona. 


No dobrze, na koniec, Miranda July częstuje nas tą udaną transformacją małżeństwa bohaterki. Serio, przez całą ostatnią część bałam się, że Harris wystawi ją do wiatru, skoro był takim monogamistą-tradycjonalistą, ale nie. Ouf


Bardzo przemówiła do mnie ta metafora na końcu, o wprowadzaniu zmian w życie , jak o wycieczce do zamku strachów, kiedy umawiamy się z koleżankami, że będzie fajniej, chodźcie, wchodzimy do środka pierwsze, odwracamy się a tam cała reszta zmienia zdanie i wcale nie dołącza do przygody. 


Oraz dziękuję ci, autorko, za Jordi. Każda z nas powinna mieć taką Jordi i być Jordi dla swojej przyjaciółki. 


***


Nie wiem, czy mam tyle odwagi, by rozpocząć „pierwszy dzień reszty mojego życia”, na pewno mam ochotę i coś mnie powstrzymuje. Nie wiem jeszcze co to. Oprócz braku odwagi.


Nie rozumiem świętego oburzenia części czytelników a szczególnie czytelniczek, że wulgarne, albo że nie wystarczająco głębokie, że mogła rozwinąć inne wątki. Serio, laski, weźcie, usiądźcie i napiszcie lepiej i głębiej o kobiecym kryzysie wieku średniego. Poczytam. 


Ps. Posluchaj, co o Mirandzie July mówią Agata Kasperkiewicz i Paulina Reiter

https://raportostanieswiata.pl/ksiazki/

Friday, 31 January 2025

Podsumowanie miesiąca

Piszę „podsumowania miesiąca” i uśmiecham się pod nosem, takie to jest so 2016.

Z czeluści internetu (a także stosu notesów) wygrzebałam moje czwarte „wyzwanie 101 w 1001”, w ten sposób łatwiej mi usystematyzować to, co było i jest dla mnie ważne.

Kategorie ważnych dla mnie obszarów się nie zmieniły, natomiast ich zawartość nie przetrwała próby czasu, trzeba mi ją aktualizować. 


Związek

W styczniu wybraliśmy się na jedną randkę, do teatru, i było to naprawdę bardzo przyjemnie.

Mało natomiast znalazłam przestrzeni w tym miesiącu na seksualność. 

W lutym najwięcej czasu chce poświęcić właśnie na remont związku


Rodzina i przyjaźnie 

Moje dzieci

Spędzałam dość dużo czasu ze Staszkiem i jego lekcjami. Wracamy do domu po szkole koło 18h, odrabiamy lekcje przez dobre 30 minut, czasem nawet dłużej, ale później gramy w jakąś planszówkę (scrabble junior, monopoly junior albo w ubongo). Dużo mniej mu czytam (ja) bo chodzę wcześnie spać, na szczęście Ben się tym wieczorami zajmuje, ale może w lutym wybierzemy wspólnie jakąś książkę do poczytania razem ? Zrobiłam Staszkowi z koralików „bank Montessori” i naprawdę się przydaje, kiedy powtarzamy matmę. 

Jestem mega dumna z mojej Irenki. W grudniu naprawdę dała z siebie wszystko. Chodziła na uczelnię 2 dni w tygodniu (zapisała się do szwajcarskiej szkoły wyższej), 2 dni pracowała w supermarkecie w swoim mieście (we Francji) a 2 pozostałe w sklepie w Genewie. W styczniu intensywnie szukala nowej pracy i być może znalazła w końcu pracę w Genewie (wieści mają nadejść w przyszłym tygodniu, wtedy zaplanuję sobie wycieczkę aby ją odwiedzić, niezależnie od odpowiedzi). Poza tym jest taka samodzielna : sama opłaca sobie szkołę, mieszkanie, utrzymanie swoich zwierzaków (w tym konia). Jest mega pracowita a przy tym mądra i ambitna. 


Największym wydarzeniem stycznia, jeśli chodzi o kontakty z ważnymi dla mnie ludźmi, było usunięcie kont z platform mediów społecznościowych. 

Uświadomiłam sobie, że publikowanie treści w Internecie i kompulsywne śledzenie tego, co słychać u innych daje mi tylko powierzchowne poczucie znajomości, udzielanie się tylko w grupach wirtualnych poczucia złudnej  przynależności do jakiegoś grona (nie umniejszając ani znajomościom, ani społecznością).

Nagle zrobiło się w moim życiu niby pusto, ale tak naprawdę mam więcej czasu, na rozmowy z mężem, z siostrą, kilkoma bliskimi kobietami. Nawet moja mama założyła sobie whatsappa. 

Mam też czas na zachowywanie myśli we mnie, przetwarzanie ich, przyglądanie się im i samej sobie w środku. 

Może nawet znajdę w końcu czas na pisanie listów/ mejli ? 
A propos: zauważyłam, że
zadzwonić do kogoś jest o wiele trudniej niż odpowiedzieć komuś na opublikowane story. Ale uczę się, jak podtrzymywać i nawiązywać znów kontakty z ludźmi inaczej niż przez FB, IG czy TT. 

Na przykład bardzo się cieszę na nasz kobiecy weekend w kwietniu. 


Dbam o ciało

Tu było różnie. Ładnie zaczęłam rok, codziennie joga i te sprawy a później przyszedł mój kryzys z soszjalmediami i jakoś przestało mi się chcieć. 

Teraz, za namową Agaty i Ewy, pracuję nad wyrobieniem sobie prawdziwej porannej rutyny, w myśl zasady, „zjedz najpierw tę żabę”. W łazience stoją hantle, mam zestaw 5 prostych ćwiczeń na ramiona i zanim się umyję, robię od razu 3 serie po 15 powtórzeń. Zobaczymy w lutym, czy uda mi się wytrwać w tym postanowieniu. 

Poza tym ważę wciąż 69 kg i nie ukrywam, jest to wypadkową fatalnej higieny życia; po prostu mam napady wilczego głodu, rzucam się wtedy na jedzenie jak głupia, i tak to jest. 

Do zrobienia w lutym : umówienie się w końcu na tę mammografię a po, na ponowną wizytę u ginekologa.  

Prowadzenie dziennika spożywanych rzeczy może pomoże mi się opamiętać ?


Budżet 

Po pierwsze, otrzymałam pierwszą pełną premię (nie wiem, czy to jest premia roczna, semestralna czy trymestralna, więc na razie nie potrafię się ustosunkować do jej wysokości). Akurat pozwoli mi ona po zapłacić część ostatniej, mam nadzieję, skandalicznie wysokiej w stosunku do moich zarobków z własnej działalności składkę za URSSAF (odpowiednik ZUSu). 

Po drugie, w styczniu naprawdę hamowałam się z wydatkami, co pozwoliło mi odłożyć kasę na wspomnianą wyżej składkę. Powiem nawet, że jedynymi rzeczami, na które wdałam pieniądze bez patrzenia były książki. A teraz mam ich naprawdę wystarczająco dużo, żeby przetrwać luty 

Po trzecie, moje inwestycje na giełdzie są, jeśli mam się odnieść do powiedzenia „earn money or experience” niestety w kategorii „wygrane doświadczenie” (moje akcje ST Microelectronics straciły duuuużo na wartości), cóż, będę miała nauczkę, żeby zaglądać częściej na moje konto PEA. 


Rozwijam się

Tutaj nie mam nic do powiedzenia.

Ledwo starczyło mi czasu i siły na życie.  

To sukces. 


Przyjemności 

Książki : przeczytałam książkę „Parce que je déteste la Corée”, część sagi o Wiedźminie  (jak zaczęłam od najnowszej części, tak skończyłam dopiero na Czasie  Pogardy), oraz „Problem Trzech Ciał” Liu Cixin. 

Spacery : lubię zaczynać dzień od spaceru na przystanek autobusowy, schodzę ze wzgórza Croix Rousse i czuję, jakby miasto było puste i tylko dla mnie. Oczywiście w autobusie tłum mi przypomina, że to jednak duże miasto i weź Agnieszko się nie podniecaj. 

Gry : Gram w Two Dots i uważam, że ta gra jest śliczna. 

Filmy : nie pamiętam, żebym obejrzała jakikolwiek film czy serial w tym miesiącu.

Nic nierobienie : siadam i nic nie robię i to jest piękne . Albo czyszczę Peppera, naszego starego, chorego i strasznie śmierdzącego psa. 

Teatr : Koulonizacja

Podkasty : Podkast Zwierciadla z Kasia Miller, " Nie bądźmy takie na wynos". 


Praca

Cieszę się, że ją mam, że w ekipie mam naprawdę fajnych ludzi, wykształconych, z poczuciem humoru i dużą klasą. Cieszę się, że nasza oferta handlowa ma pozytywny wpływ na świat. Coraz więcej się uczę. 

Nie mam nic więcej do dodania w tej kwestii. 


W lutym życzę sobie przede wszystkim zdrowia i energii, ciepłych chwil z moim mężem (po prostu wtuleni na kanapie, może być każde ze swoim ekranikiem, a co) i zwykłych ale jakże wartościowych momentów z moimi dziećmi, długich albo i całkiem krótkich rozmów z Mamą, Siostrą i Przyjaciółkami, uśmiechu i no i podwyżki. 


A Tobie 
życze tego, co jest dobre dla Ciebie. 

Monday, 27 January 2025

Kroniki odwyku od social mediów

Pojechaliśmy na narty do 7 Laux. Chłopaki jeździli na nartach, a ja trochę czytałam, trochę spacerowałam po śniegu, ale przede wszystkim przeżywałam odwyk od Facebooka i Instagrama.


Do początkowego FOMO dochodzą pytania, co tam u tej i tej koleżanki ? Czy u Doroty w Japonii znów spadł śnieg ? Czy jeśli wyślę jej wiadomość, to czy nie dorzucę jej pracy, bo może będzie czuła się zobligowana odpowiedzieć, a może nie ma czasu ?


Otwieram telefon, któremu nagle „amputowałam” 70% funkcji, i brakuje mi gestu scrollowania – prawdopodobnie tak, jak rzucającemu palenie brakuje gestu sięgania po papierosa, trzymania go w palcach. Na przykład: siadam sobie w kafejce, zamawiam ziółka, jest pięknie, wyjmuję telefon i robię zdjęcie. Całkowicie z przyzwyczajenia. Wyszło bardzo „instagramowe”, doskonała kompozycja. I teraz – co z tym zdjęciem zrobię? Powysyłam koleżankom przez WhatsApp?


Przeżywam to „powstrzymywanie” impulsywnego rozrzucania myśli i dzielenia się każdą, która przejdzie mi przez głowę, z całym internetem. Zanim wyślę do kogoś wiadomość przez komunikator, dwa razy pomyślę: „Czy to komuś się przyda? Czy nie jest to zbyt ingerujące w czyjąś prywatność? Czy wiadomość nadejdzie we właściwym czasie?” Bo przecież w niedzielę rano ludzie robią różne rzeczy – niekoniecznie chcą odbierać trzy zdjęcia od Agnieszki: jedno z ziołami, drugie z okiścią, a trzecie ze Staszkiem, który uczy się robić super zakręty na nartach.


A storiki?  Przecież zobaczy je ten, kto chce i kiedy mu wygodnie. Do tego mam poczucie, że kiedy publikowałam migawki ze swojego życia, dawało mi to poczucie, że skoro jestem widziana, to istnieję.


To bardzo ciekawy proces. Wydaje mi się, że uczę się przede wszystkim na nowo, jak być sama ze sobą i swoimi przemyśleniami. 


Jak istnieć bez bycia widzianą ? 

Thursday, 23 January 2025

Kolonizacja

No proszę, wystarczy zacząć znikać z platform, które uzależniają i zabierają czas, aby odnaleźć go na inne aktywności – wczoraj poszliśmy do teatru. Żartuję. Otrzymaliśmy bilety jako prezent na gwiazdkę, są to zatem wydarzenia niepowiązane.

Sztuki (bo w ciągu jednego wieczora były dwa różne przedstawienia) noszą tytuł LA FRACTURE & KOULOUNISATION.

La fracture (Pęknięcie, złamanie, przerwa, rozmłam) opowiada o alkoholizmie ojca aktorki-autorki, Yasmine Yahiatène i wyraźnie pokazuje, że choroba alkoholowa jest spowodowana tragicznymi wydarzeniami z jego dzieciństwa. Kiedy jego rodzice uciekli z Kabylii, z Algierii podczas wojny i osiedlili się we Francji, (jej babci dano wybór, uratować syna lub brata. Wybrała syna…) zarzucili całkowicie tradycje i, aby lepiej się przystosować, starali się zapomnieć o swoich korzeniach. Yasmine Yahiatène mówi, że nie przekazano jej ani języka, ani tradycji, ani kultury Kabylii. Wychowano ją w języku i kulturze francuskiej – może po to, aby dać jej lepsze szanse? Po śmierci ojca (alkoholizm) okazało się, że odziedziczyła gaj oliwny i że ma w planach odwiedzić to miejsce latem 2025 roku. Stara się nauczyć języka, zrozumieć, dlaczego babcia miała wytatuowaną twarz itp.
Czy wyrzeczenie się swojej tradycji na pewno sprawi, że uchronimy nasze dzieci przed cierpieniem związanym z poczuciem tożsamości ?

Yasmine Yahiatène specjalizuje się w video mappingu, a część sztuki była bardziej performansem niż zwykłą grą aktorską. Ta mieszanka tematu osobistego z ciekawym przedstawieniem wizualnym była zmuszająca do refleksji.


Koulounisation natomiast to opowieść o tożsamości, opowiedziana przez pryzmat dywagacji o języku, o znaczeniu słów i o tym, jak język potrafi zmienić spojrzenie na rzeczywistość, a nawet samą rzeczywistość.

Salim Djaferi wyszedł od pytania, co oznacza kolonizacja. Prawdę mówiąc, mnie się to kojarzyło z zakładaniem nowych osad (wiecie, kolonii przez Fenicjan, Rzymian czy innych eksploratorów), przynoszeniem technologii itp. Ale właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że w języku polskim funkcjonuje zarówno "kolonizacja", jak i "kolonializm". Ten drugi termin odnosi się do podboju handlowego lub wojskowego jakiegoś terytorium.

Zatem Salim Djaferi zaczął szukać znaczenia słowa "kolonizacja" w języku arabskim i w zależności od osób, z którymi rozmawiał (ciotka, znajomy "dwujęzyczny intelektualista", badacz historii Francji, która odnosi się do kolonializmu w Algierii (1830–1962), pochodzacy z Kuweitu właściciel arabskojęzycznej księgarni w Belgii), wyszło mu, że używa sie różnych czasowników, może chodzić o: "czas, kiedy oni tu przyszli", zajęcie czegoś, do czego nie ma się prawa, organizowanie-porządkowanie lub destrukcję.

Ciekawa sprawa, szczególnie dla nas, Polaków, bo choć nigdy nie byliśmy państwem kolonizującym, to jednak historie zaborów, zniemczania czy rusyfikacji nie są nam obce.

Dowiedziałam się, że do 1962 roku osoby urodzone w Algierii, jako kolonii francuskiej i de facto terytorium francuskiego, miały automatycznie otrzymywać obywatelstwo francuskie. Na przykład dziadek Salima Djaferiego urodził się i funkcjonował w społeczeństwie jako Ahmed, syn Ahmeda (Ahmed Ould Ahmed). Ale kiedy przyszło mu załatwiać sprawy administracyjne, francuska administracja nie akceptowala tradycyjnych godności i zmieniła oraz sfrancuziła jego miano rodowe,  zostawiając mu imię Amed, a nazwisko "z-miasta-takiego-a-takiego".  Nagle stał się Ahmedem Djellal. Przy czym uproszczono na francuską fonetykę także nazwę miasta, i nikt z miejscowych nie zrozumiał co sie stało. To tak, jakby mnie nagle zaczęto nazywać "Agnès de Lodz".

W 1962 roku Francuzi algierskiego pochodzenia otrzymali wybór: albo będą wciąż mieć obywatelstwo francuskie, albo zmienią je na algierskie. No i ten dziadek, mieszkając we Francji, zadecydował, że on i jego córki, urodzone we Francji, które nigdy nie widziały Algierii, będą miały obywatelstwo algierskie. Czujecie? To tak, jakbym zadecydowała, że mój Staś, który jest, nie ukrywajmy, małym Francuzem, będzie miał od teraz obywatelstwo wyłącznie polskie.

W latach 90., kiedy mama Salima Djaferiego zaczęła się szkolić, by pracować w ubezpieczeniach, poradzono jej, żeby "zintegrowała" francuskie pochodzenie i sfrancuziła swoje nazwisko, bo będzie jej łatwiej. I tak z Fatimy stała się Milène, a ponieważ wyszła ponownie za mąż, nazwisko stało się francusko brzmiące. Ponoć pomogło to w znalezieniu pracy.

A w latach 2010' Salim, wówczas bezrobotny, nagrał zebranie w urzędzie pracy, gdzie polecono jego znajomemu, inżynierowi wykształconemu w Algierii, żeby nie przyznawał się do tego, że dyplom uzyskał właśnie w Algierii. Ta scena była wyjątkowo tragikomiczna i chyba każde z nas, które było kiedyś we francuskim urzędzie pracy w latach 2000' usłyszało taki monolog, że trzeba "dać swojemu CV szansę i ukryć swoje pochodzenie". Kiedyś, na początku mojej obecności we Francji, ktoś mi poradził, żebym nie pisała swojego pełnego imienia, tylko używała "Agnes".

Salim Djaferi mówi także, znów przez pryzmat nauki o języku, o tym, że w innych językach niż francuski istnieją formy zwrotne pasywne. Zwraca uwagę, że po francusku "ciało" nie może "się zrobić zniknięte", ale de facto może – bo podczas wojny w Algierii tak właśnie "robiły się zniknięte" ciała Algierczyków, zrzucane z helikopterów do Morza Śródziemnego, z odpowiednim balastem, aby nie wypłynęły. Proceder ten został następnie "eksportowany" do Argentyny. A propos, dla Francuzów jest to wojna w Algierii a dla Algierczykow powstanie, rewolucja

Naprawdę dobre przedstawienia. Mój mąż trochę kręcił nosem, bo "ileż można mówić o tej kolonizacji, od 60 lat ciągle to samo", ale moim zdaniem trzeba o tym mówić, bo wiąże się to z poczuciem tożsamości i prawem do pamięci, do poczucia przynależności do jakiejś nacji czy kultury. A o tożsamości będziemy mówić coraz więcej, na przykład w aspekcie emigracji klimatycznych. Istnieje wielka różnica między potomkami emigrantów, którzy mogą nawet wrócić do kraju przodków (może Irence sie zamarzy pomieszkać w Polsce?) a mieszkańcami takich krajów jak Kiribati, które po prostu przestaną istnieć, bo zostaną zalane wodą. I żaden powrot nie bedzie nigdy możliwy. 

Interesujące.

Tutaj link do kanadyjskiej recenzji. Bardzo interesujące, jak w różnych krajach ten temat tożsamości jest odbierany inaczej. 
A tutaj do Teatru Croix Rousse, gdzie mozna zobaczyc te sztuki. 

Ps. Dzięki, Siostra, za rozmowę – zainspirowałaś mnie do napisania tego posta!